Niedawno Inspekcja Weterynaryjna szczebla wojewódzkiego i powiatowego otrzymała interpretacje przepisów dot. rozporządzenia 853/2004 w zakresie transportu mięsa opakowanego i nieopakowanego. Wiązało się to z tłumaczeniem na język polski frazy bardzo istotnej w sprawie, ale niestety przetłumaczonej w taki sposób, że stawiało to podmioty w kłopotliwej sytuacji.


Szczególnie wtedy kiedy interpretujący Inspektor był pozbawiony logicznego myślenia. A tak jest w wielu przypadkach. O tym, że tłumaczenia zawierają bardzo liczne błędy, czasami wręcz kabaretowe wie sporo osób. Sam mógłbym podać kilkanaście, nota bene zostały o nich poinformowane zarówno władze polskie jak UE. Część z nich skorygowano, ale po kilku latach. W konsekwencji prowadzący kontrolę bez dokładnej analizy ze szczególny uwzględnieniem analizy zagrożenia działa nieadekwatnie do zaistniałej sytuacji. Co gorsze nie uwzględnia możliwości wykorzystania regulacji w ramach procedur zakładowych, co jest jak najbardziej zgodne z przepisami.

Wracając do tłumaczeń i interpretacji wyższości jednego języka nad drugim czy ustawy o języku polskim ciekawostką jest, że w okresie kiedy panowała w Polsce grypa ptaków w polskim wydaniu Decyzji 2007/878 wymienia się w strefie zapowietrzonej (obszar A)

Dąbkowo, Krykajny, Łępno, Łukoszyn Biki, Łukoszyn Biki, Piskajny ???
W wersjach En, De, Fr: Dąbkowo, Krykajny, Łępno Nowe Wikrowo, Olkowo, Piskajny ???

Zakaźnicy wiedzą jakie z tym mogą się wiązać konsekwencje prawne w zakresie uwalniania czy odszkodowań, ale nikt na to nie zwrócił uwagi, ponieważ nawet nie czytał jak to określają interpretatorzy wersji podstawowej czyli angielskiej.
Do właściwej interpretacji i ewentualnie podjęcia mniej lub bardziej rygorystycznych działań nie wystarczy nauczyć się na pamięć przepisów lub je dobrze (czasami bez zrozumienia tekstu) przeczytać, trzeba znać realia dotyczące zakładu, produkcji, hodowli, chorób zakaźnych.
Dochodzi już do takich paradoksów, że osoby, które nigdy nie prowadziły badania mięsa, czy nadzoru nad rzeźniami, nie zwalczały chorób zakaźnych i nie prowadziły diagnostyki w tym zakresie np. tuberkulinizacji, a pracę rozpoczęły przy biurko w województwie czy nawet GIW kontrolują doświadczonych inspektorów (czytaj podmioty – mleczarnie, rzeźnie, przetwórnie) czy lekarzy wolnej praktyki.

To tylko dzięki uprzejmości i kindersztubie koleżanek i kolegów w powiatach tacy inspektorzy w zakładach wiedzą jak się poruszać i unikają kompromitacji. Nie oznacza to jednak, że właściciele tych obiektów nie wiedzą z jakimi fachowcami mają do czynienia.

Zdarza się jednak, że inspektorzy wychodzą ze swojej roli i przekraczają swoje kompetencje zaczynając kontrolować zakład (a nie plw) i wtedy może dojść do przykrych sytuacji.
Podsumowując, kiedyś w jednym z artykułów porównałem obecną Inspekcję Weterynaryjną do choinki – im wyżej tym cieniej, teraz doszło jeszcze karłowacenie zawodowe. Nawet przy naborze na szczebel wojewódzki i centralny unika się stawiania wymagań merytorycznych (doświadczenie, specjalizacja), praktycznie łapanka. Na bezrybiu i rak ryba.

W konsekwencji dochodzi czasami do sytuacji kończących się uchylaniem kuriozalnych decyzji i sprawach sądowych, z których weterynaria wychodzi nie z tarczą, a na tarczy.

Jaka przyczyna selekcji negatywnej – z pewnością najbardziej istotne są pieniądze, ale czy wyłącznie tylko to?
Nie zdziwię się kiedy w niedługim czasie powstanie inspekcja, która nie będzie miała z weterynarią wiele wspólnego.
Wtedy zaczną się dyskusje dlaczego, po co, na co, komu to służy, co powie UE.
UE nic nie powie, ponieważ żaden przepis nie reguluje organizacji nadzoru i jego podporządkowania. Właściwa w danym zakresie władza to sprawa kraju, a nie Parlamentu i Rady czy Komisji. Natomiast przyklasną przedsiębiorcy, których nadgorliwi i niedouczeni inspektorzy nękali na podstawie źle tłumaczonych lub interpretowanych przepisów, a często także sterowania ręcznego z górnego poziomu.